poniedziałek, 3 maja 2021

Rozrywka: Gry planszowe, czyli zabawa dla dorosłych

Jednym ze sposobów, w jaki spędzam wolny czas, jest granie w gry planszowe. Jest to hobby niezwykle kosztowne, jeśli chcesz posiadać swoją kolekcję, ale za to wdzięczne i rozwijające. A jak to się zaczęło? A no tak...

W dzieciństwie za pierwsze odłożone pieniądze (63,80 zł) nabyłam w sklepie papierniczym, położonym w drodze do szkoły, pierwszą grę planszową: Monopoly. Dziś uważam, że jest to jedna z gorszych gier, jeśli chodzi o mechanikę i pomysł, ale wtedy byłam tą grą absolutnie zachwycona i zmuszałam moją rodzinę do grania ze mną non-stop. Skutek był taki, że siostra i mama zakładały ze sobą fuzje i grały przeciwko mnie (tak, tak, nie przestrzegaliśmy wszystkich zasad). Potem dopiero dowiedziałam się, że mama po prostu nienawidziła grać w tę grę.

W okresie nastoletnim spotkałam się z pierwszymi RPG i do dnia dzisiejszego jeszcze nie zapałałam większą miłością do tej formy rozgrywki (nie wykluczam, że kiedyś to nastąpi). Warhammer ogrywany głównie słownie w trakcie marszu po górach na jakiejś kolonii i gra post apo ogrywana w Nowej Hucie z zupełnie obcymi, którzy zaprosili mnie i koleżankę do swojej piwnicy (kiedyś to miało się szalone pomysły, aby dać się obcym zaciągnąć do piwnicy), to właśnie te tytuły, które poznałam w trakcie tego epizodu. W tym czasie oczywiście pojawiła się też Magia i Miecz w starym jeszcze wydaniu. I Obcy! Och, Obcego to nawet kiedyś pobrałam na komputer z zamiarem wydrukowania i ogrywania tego w życiu dorosłym, bo niezwykle miło wspominam, ale pliki te mi zginęły. Trzeba będzie poszukać na nowo.

I tak sobie żyłam pykając czasem w gry planszowe. Aż pewnego dnia koleżanka zaprosiła mnie na planszówkową posiadówkę, gdzie ogrywaliśmy Ryzyk-Fizyk i The Resistance. Obydwie, jako gry wymagające dużej ilości zaangażowanych osób i bardziej towarzyskie niż planszowe, przypadły mi do gustu.

Nie minęło kilka miesięcy, a zakupiłam pierwszą grę do własnej kolekcji. Monopoly zostało przeze mnie odstawione na śmietnik, skąd dzieci szybko ją sobie zabrały, niestety gubiąc po drodze karty - ach, jak mi było szkoda, że te dzieci takie nierozgarnięte były. Dlatego uważam, że pierwszą grą w mojej kolekcji była jednak kultowa Terraformacja Marsa. A działo się to wszystko z 2 lata temu. Od tej pory Terraformacja rozrosła się o dodatek Preludium i Niepokoje oraz zestawy kart, dostała koszulki na karty oraz piękne podstawki gracza (swoją drogą to skandal, że w podstawce dostajesz lichą karteczkę zamiast porządnego wyrobu, ale tej grze pod względem grafiki i wykonania niestety można coś pozarzucać - tylko po co, jak sama mechanika jest świetna?). Do Terraformacji dołączyło This War of Mine, na razie w wersji podstawowej, które absolutnie skradło moje serce najpierw na ekranie komputera, a potem tą planszową wersją. A także: Odbudowa Warszawy, Żelazna Kurtyna, Siedem, Sabotażysta w wersji pojedynku i tej tradycyjnej oraz Taboo. Gdzieś tam jest też miejsce na Sagradę w moim sercu, aktualnie znajdującej się w moim mieszkaniu, ale nienależącej do mnie.

Oczywiście ogranych tytułów jest znacznie więcej. Nawet już, już prawie jechałam na pierwsze spotkanie testerów Galakty, gdy niestety ogłosili pandemię i ostatecznie nic z tego nie wyszło. Na same konwenty planszowe nie jeździłam do tej pory. Ale wszelkie akcje typu Poczta Planszówkowa, planszówki w bibliotece, knajpy planszówkowe, turnieje konkretnych tytułów kocham i zdarza się, że biorę w nich udział. Zapewne z czasem znajdziecie tu opisy rozgrywek i moje skromne opinie na temat poszczególnych tytułów.

Tymczasem po moim najdłuższym, 16-godzinnym maratonie planszówkowym, w tracie którego grałam w Terraformację Marsa, Posiadłość Szaleństwa i This War of Mine, idę się dalej regenerować. Sprawozdanie z tej posiadówki niebawem :) (albo nigdy jednak).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz